Komiczny finał na jachcie – Operacja Piorun to najgorsza część Bonda?

3 minut czytania
filmy

Pierwsze serie Bonda kręcono rok po roku. Po pierwszych trzech – całkiem udanych – filmach, przyszedł czas na odsłonę czwartą – Operację Piorun, z ang. Thunderball.

Pierwsze trzy części ogląda się jak złoto

Doktor No – wiadomo, pierwszy, przez niektórych uważany za jeden z lepszych, a już na pewno jeśli chodzi o świeżość Connery’ego. Część druga – Pozdrowienia z Rosji – kolejna świetna i wciągająca odsłona. Goldfinger – klasyk. Tutaj nawet nie trzeba zbyt wiele pisać, po prostu jeden z lepszych z całej serii. Rozpoznawalny, wciągający, charyzmatyczny.

Rok 1965 – część czwarta Jamesa Bonda. Nadal odtwórcą jego roli jest Sean Connery. Reżyserem ponownie zostaje Terence Young, który dowodził również dwiema pierwszymi częściami. Tym razem chyba jednak brakuje nieco polotu. Film nie jest zły, ale do poprzedników nie dorasta.

Czarny charakter, Largo, mało wyraźny

Niby jest, ale generalnie nie ma większego impetu w tej roli. Przypomnijcie sobie choćby Golfingera czy w pierwszej części Dr No. Largo jest po prostu mierny. Co ciekawe, ginie w sposób komiczny, rozbijając się o skały w rozpędzonym jachcie – dość zabawna scena i nieco karykaturalnie nakręcona. Trochę jak wypadki samochodowe w pierwszej części Bonda – technika ich kręcenia była mizerna.

Sama fabuła dość komiczna – organizacja Spectre szantażuje Brytyjczyków. Bonda szuka zaginionego samolotu. Nurkuje, pływa, bajeruje. Na końcu bitwa podwodna, która po prostu przyprawia o sen.

Niestety, Bond w Operacji Piorun jest już nieco wypalony. Powód? Bardzo prosty. To czwarty film z serii z tym samym aktorem. Wszystkie pojawiały się rok po roku. Wypalenie? Bardzo możliwe. Nie ma już takiej świeżości.

Czy to najgorsza odsłona z Seanem Connerym? Niekoniecznie, bowiem dwa lata później wychodzi „Żyje się tylko dwa razy”, które może śmiało konkurować z Thunderball o miano najgorszej części z tym aktorem.

Sprawdź:   Skryczne - jak wejść, atrakcje

Cóż, co za dużo, to nie zdrowo. A dzisiaj narzekamy, jak kolejne części pojawiają się co kilka lat, że to za szybko. Co sądzić o tamtych czasach, kiedy tylko w latach 60 wyszło aż sześć części Bonda, z czego pięć z Connerym.

Zdjęcie autorstwa Tima Miroshnichenko z Pexels

Latest from Rozrywka